Advertisement


Rosyjska szkoła przetrwania


Mariola Zając, Zuzanna Mika
Gimnazjum w Stróżach, I a



Pan Roman Sioka
ło jest dentystą. Mieszka w Stróżach. 11 października 2004 roku wyjechał w podróż na Kamczatkę – półwysep w Rosji. Nam zdradzi tajemnice tej podróży.

Jak pan dotarł do Kamczatki?

Pierwszy samolot wylatywał z Warszawy i leciał 2,5 godziny do Moskwy. Na lotnisku odebrał nas przedstawiciel rosyjskiego biura polowań. Nocowaliśmy w bardzo dużym hotelu (mieści on 4000 osób) i rano wylecieliśmy do Pietropawłowska – stolicy Kamczatki. Ten lot był bardzo długi i męczący – trwał około 11 godzin. Wylądowaliśmy rano i musieliśmy długo czekać na panów, którzy mieli nas zawieźć na miejsce. Nasza siedziba mieściła się 400 km w głąb Kamczatki od stolicy. Tam nie było już dróg, dlatego poruszaliśmy się transporterami na gąsienicach z czasów II wojny światowej. Nimi jechaliśmy przez lasy i rzeki – w pewnym momencie do środka zaczęła napływać woda, jednak szczęśliwie przeprawiliśmy się na drugi brzeg. W wodzie mogliśmy zaobserwować krew, ponieważ w tamtejszych rzekach pływa mnóstwo łososi i wpadały one w gąsienice transportera.

Gdzie pan mieszkał? W jakich warunkach pan żył?

W naszej siedzibie znajdowały się dwa namioty – w jednym magazyn, a w drugim kuchnia. Mieszkaliśmy w przestarzałej, spróchniałej, drewnianej chatce w okolicy przeważnie brzozowych lasów i nieczynnych już, na szczęście, wulkanów. Warunki były bardzo surowe. Spaliśmy na starych, metalowych pryczach w śpiworach.

Jak udało się panu przetrwać? Czym się pan żywił, czy łatwo było tam dbać o higienę osobistą? Jak wyglądała pańska łazienka?

Nie będę kłamał – przetrwać na Kamczatce było bardzo trudno. Jedzenie było dla nas specjalnie transportowane, jednak pewnego razu drugi transporter z prowiantem nie dotarł i żywności brakło. Nasz towarzysz – dwudziestokilkuletni Rosjanin po szkole gastronomicznej - potrafił przygotować świetne posiłki i dzięki temu przez dwa dni mogliśmy żywić się upolowaną przez nas zwierzyną. Trzeciego dnia przejechaliśmy końmi 30 km – wiedzieliśmy, że transporter jest w drodze i chcieliśmy sprawdzić, czy nie ma go w okolicy. Gąsienica tego transportera spadła, jednak kierowcę to nie obchodziło – spokojnie siedział, jadł nasz prowiant i pił alkohol.

Pytałyście o łazienkę. Więc myliśmy się w zimnej rzece. Nie było to oczywiście komfortowe.

Gdzie pan polował? Czym pan podróżował?

Wybieraliśmy się w nieodległe miejsca, gdzie była zwierzyna. Podróżowaliśmy końmi, jednak były one bardzo niesforne i nieposłuszne –niespodziewanie klękały na kolanach albo gwałtownie zatrzymywały się przed rzeką i trzeba je było przeciągać siłą na drugą stronę.

Jaką zwierzynę pan upolował? Czy ma pan jakieś okazy z tej podróży lub inne pamiątki?

Wyjechałem w celu upolowania niedźwiedzia i łosia, jednak niedźwiedzie zapadły już w sen zimowy, więc miałem okazję upolować tylko łosia. Muszę przy okazji nadmienić, że są to wyjątkowo czujne zwierzęta – byle szmer może je spłoszyć. My mieliśmy taką przewagę, że jeździliśmy konno, a łosie z zaciekawieniem obserwowały te zwierzęta.

Czy klimat na Kamczatce jest podobny do klimatu w Polsce?

Klimat był umiarkowany – dało się znieść tę pogodę. Czasem była mgła i deszcz. Ogólnie było zimno. Jeśli chodzi o roślinność, to występuje tam tajga.

Słyszałyśmy, że podobno ma pan leśniczówkę, w której przechowuje pan swoje pamiątki i trofea. Czy ma pan tam coś z Kamczatki?

Tak, owszem. Mam tam skóry z łosi i ich głowy no i inne trofea.

Taka podróż to nie lada wyzwanie, prawdziwa „szkoła przetrwania”. Czy zdecydowałaby się pan na ponowny wyjazd na Kamczatkę?

Z wielką chęcią pojechałbym na Kamczatkę ponownie. To bardzo ciekawe miejsce, mimo wielu niedogodnień.


 


 


 


 

 

 

 

 


 

Komentarze

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy do tego artykułu...



Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )

Wpisz komentarz poniżej.

* Podanie adresu e-mail nie jest obowiazkowe. Nie będzie on wyświetlany, jest widoczny tylko dla administratora

Sądecki Bartnik - Hotel