Advertisement


Afrykański raj

Mariola Zając, Zuzanna Mika
Gimnazjum w Stróżach, kl. 1a


Pani Halina Mika, znana społeczności lokalnej jako właścicielka restauracji „Pałacyk pod Różą”, w październiku 2003 r. miała okazję być w Sun City w Republice Południowej Afryki (RPA). Nam zdradza tajemnice swojego wyjazdu.

 

W jakim celu wyjechała Pani do RPA i jak tam Pani dotarła?

Do RPA wyjechaliśmy z mężem w celach turystyczno-krajoznawczych na zaproszenie fabryki klejów „Atlas”. Nasza podróż była dość długa. Z Warszawy polecieliśmy samolotem do Zurychu - podróż trwała ok.3 godzin, a następnie z Zurychu do Johannesburga. Ten lot trwał aż 16 godzin. Na szczęście samolot był duży, mieścił ponad 300 osób. Z Johannesburga pojechaliśmy autokarami do Sun City – afrykańskiego miasteczka zbudowanego na pustyni na wzór Las Vegas. Było tam dużo ekskluzywnych hoteli wraz z kasynami, otoczonych tropikalnymi ogrodami, po których spacerowały dzikie zwierzęta.

Gdzie Pani mieszkała? Jakie były tam warunki?

Mieszkaliśmy w jednym z przepięknych hoteli. Z okna mieliśmy widok na ogrody i baseny. W hotelu było siedem restauracji. W restauracji „Ogrodowej”, do której przychodziliśmy na obiady, odwiedzały nas małpy. Gdy tylko kelnerzy na moment zniknęli z sali, małpy natychmiast pojawiały się na stołach szwedzkich i konsumowały nasze jedzenie oraz chowały pod pachami wszystko, co popadnie! Obsługa hotelu płoszyła je specjalnym zraszaczem z wodą.

Jaka była pogoda w Sun City ? W co się Pani najczęściej ubierała?

W RPA jest bardzo zróżnicowany klimat i pogoda może diametralnie zmienić się z godziny na godzinę. W Afryce byliśmy w październiku – wtedy trwała tam wiosna, wszystkie drzewa i rośliny zakwitały. W Sun City temperatura wynosiła od 25 do 30 stopni Celsjusza. Dla Polaków to upał -najczęściej zakładałam więc krótkie spodenki i koszulkę.

Przeżyła Pani w Afryce jakiś niezwykłe przygody?

Oczywiście – wiele! Kiedyś z mężem wybraliśmy się na spacer po ogrodzie między jednym a drugim hotelem. Nagle przybiegło do nas stado małych małp oczekujących od nas jedzenia, a ponieważ my nic przy sobie nie mieliśmy, okazywały nam swoją niechęć i chciały zaatakować – podbiegały i piszczały, niczym rozwścieczone psy! Na szczęście udało nam się je przegonić.

Pamiętam także, jak wybraliśmy się na wycieczkę na farmę krokodyli. Było ich tam aż 3500! Mojemu mężowi czapka spadła wprost do miejsca, gdzie wylegiwały się krokodyle! Bardzo chciał ją odzyskać, jednak nie mógł.

Dodatkową atrakcją był dzień spędzony na safari. Ogromnym przeżyciem było oglądanie dzikich zwierząt z bliska. Przejeżdżaliśmy obok dużego stada zebr, antylop kudu, żyraf, słoni, z bliska oglądaliśmy lwicę konsumującą małpę, wylegującego się lwa oraz kąpiące się hipopotamy.

Mieliśmy również okazję wziąć udział w „wieczorze afrykańskim”, na którym serwowano tradycyjne afrykańskie dania. Miałam przyjemność skosztować między innymi mięsa z antylopy kudu, czy steku z krokodyla.

Czy była Pani w innych miejscach RPA?

Tak. Zwiedzaliśmy stolicę RPA – Pretorię. Potem pojechaliśmy do Kapsztadu, skąd wyjechaliśmy obrotową kolejką na Górę Stołową i zachwycaliśmy się przepięknymi widokami.

Mieliśmy także okazję stanąć na Przylądku Dobrej Nadziei (Cape Point), skąd podziwialiśmy miejsce styku trzech oceanów – Spokojnego, Atlantyckiego i Indyjskiego. Wpatrując się w ocean, można było dostrzec wieloryby. Było tam też bardzo dużo pingwinów.

Jakie pamiątki przywiozła Pani z tej podróży?

Kupiłam drewnianą, metrową żyrafę , którą było bardzo trudno przetransportować do Polski, ponieważ na wszystkich lotniskach stanowiła ogromny problem, wszędzie chciano mi ją odebrać, a ja za każdym razem musiałam błagać obsługę, żeby tego nie robiła. Z Afryki przywiozłam także bęben, drewniane słonie, suszone kokosy, jednak najważniejszą dla mnie pamiątką są muszle i kamienie zebrane przez mojego męża na Przylądku Dobrej Nadziei.

Jakie ma pani wspomnienia z tej podróży? Co się w niej pani podobało najbardziej?

Na Przylądku Dobrej Nadziei było cudownie. Jedynie tam miałam zasięg w telefonie, więc mogłam stamtąd zadzwonić do córek i z nimi porozmawiać. Oczywiście nigdy nie zapomnę cudownego miasta Sun City i tych małp, które skakały po samochodach i po stołach!

Czy zdecydowałaby się pani na ponowny wyjazd do RPA?

Marzę, by do Sun City zabrać moje dzieci. Mam nadzieję, że się to spełni.
















 

 

 

 

 

Komentarze

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy do tego artykułu...



Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )

Wpisz komentarz poniżej.

* Podanie adresu e-mail nie jest obowiazkowe. Nie będzie on wyświetlany, jest widoczny tylko dla administratora

Sądecki Bartnik - Hotel